Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kaleid. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kaleid. Pokaż wszystkie posty

8 sierpnia 2014

Rozdział 15


Witajcie!
Znów minęły ponad 3 miesiące, zanim cokolwiek opublikowaliśmy. Przepraszamy! 
W ramach zadośćuczynienia, prezentujemy dzisiaj rozdział niezwykły - pierwszy, który napisaliśmy wspólnie. Jest też dłuższy niż zwykle.
Mamy nadzieję, że osłodziliśmy Wam dzięki temu to długie czekanie.


***


            Święta minęły bardzo spokojnie. Scorpius cieszył się każdą chwilą spędzoną ze swoją ciotką, Paul całkiem nieźle sprawdzał się w roli ojca, a Caliope, chyba pierwszy raz w życiu, była szczęśliwa. Jednak wszystko, co dobre, bardzo szybko się kończy. Iluzja sielanki zniknęła – wraz z resztą świątecznego nastroju. Dziewczyna nie mogła przecież do końca życia ukrywać rodziny w swojej komnacie, więc postanowiła porozmawiać z Paulem zaraz po nowym roku.
– Chciałabym móc z nim polatać, porzucać trochę kaflem, poodbijać tłuczki… – westchnęła cicho, spoglądając na Scorpiusa, który sędziował w meczu Quidditcha, rozgrywającym się pomiędzy maleńkimi, latającymi modelami brytyjskiej i irlandzkiej drużyny narodowej, na makiecie stadionu z ostatnich Mistrzostw Świata.
– To weźcie miotły, ja polecę z wami, ale nie będę grał. Z góry lepiej ogarnę teren – odpowiedział Paul, również obserwując chłopca.
– Jeszcze jest trochę za mały… Ale na dziecinnej miotełce moglibyśmy mu pozwolić polatać, siedzi zamknięty w czterech ścianach od świąt.
– Myślisz, że stary Nimbus‘70 Lucjusza będzie dla niego za mocny?
– Właściwie? Powinno być w porządku... Tylko zamiast normalnych piłek użyjemy takich mugolskich. Niech poćwiczy zręczność.
– Racja. Taki tłuczek zrobiłby z niego sok żukowy.
– Scorpius? Chcesz iść z nami trochę polatać? Na prawdziwej miotle? – Caliope uśmiechnęła się do bratanka.
– A możemy bez wujka? – zapytał malec z lekkim drżeniem w głosie.
– Kochanie... wujek nie zrobi krzywdy ani tobie, ani mnie. Rozmawialiśmy już o tym – odparła dziewczyna i spojrzała wyczekująco na Paula.
– Spokojnie, Caliope. Będę dosyć daleko, nawet mnie nie zauważycie – powiedział Paul obojętnym tonem.
– A może jednak to zły pomysł? – szepnęła cicho. – Wiesz, z czym to się może wiązać.
– Co masz na myśli? Przecież tam będę. A twój niedocharłaczony braciszek przecież nie zbierze oddziału tak silnego jak ten, którym dowodziła jego ciocia w czasie bitwy o Hogwart.
– Tak, ale są jeszcze Lucjusz i Narcyza. Biegają w tę i z powrotem, szukając śladu po ich synalku i jego żonie... Blaise nadal węszy wokół posiadłości, a musimy wyjść poza nią, żeby deportować się dokądkolwiek, bo Lucjusz nałożył zaklęcia ochronne na cały obszar wokół dworu.
– A jak głęboko w grunt sięgają te jego czary? – zapytał. – Zresztą, to nieważne... Chodźcie, to coś zobaczycie.
Caliope wzięła na ręce Scorpiusa i poszła za Paulem. Poprowadził ich do ogrodu, uważając, by po drodze nie nadziać się na któreś z państwa Malfoy.
– Co chciałeś nam pokazać? – Paul nie odpowiedział na pytanie dziewczyny. Uklęknął na jedno kolano, przyłożył prawą dłoń do ziemi, zamknął oczy i... znikł jej z pola widzenia. Rozejrzała się zaniepokojona i podeszła bliżej. Wtedy zauważyła, że w trawniku zieje dziura o wymiarach metr na metr.
– Czy ty chcesz próbować teleportować się spod ziemi? – zawołała, mając nadzieję, że narzeczony ją usłyszy.
– Nie. Właźcie, tylko uwaga, bo pierwszy stopień jest dosyć nisko! – odkrzyknął Paul z czeluści.
– Boje się - jęknął Scorpius. – Nie chcę tam wchodzić.
– Nie bój się, przytul się mocniej i zamknij oczy, jeśli chcesz – powiedziała i zaczęła ostrożnie schodzić po śliskich stopniach.
Po przeszło stu pięćdziesięciu schodach, poziom wreszcie się wyrównał. Było dosyć chłodno, ale zza załomu korytarza docierał do nich wyraźny blask o ciepłej barwie. Gdy Caliope i Scorpius dotarli na miejsce, ich oczy szeroko otwarły się z wrażenia.
– Paul, to jest… – Caliope nie mogła znaleźć odpowiedniego słowa.
Znaleźli się w podziemnej komorze o wysokości około 30 metrów, w której z kamienia i ziemi odwzorowano stadion do Quidditcha. Źródłem światła i ciepła panującego w pomieszczeniu był zaś płomienny smok – widocznie produkt zaklęcia szatańskiej pożogi, zamknięty w klatce z przejrzystych kryształów kwarcu we wszelkich możliwych odmianach – od ametystów i cytrynów, przez kryształ górski, aż po szmaragdy i rubiny.
Caliope postawiła Scorpiusa na ziemi, a ten zaczął biegać po boisku i piszczeć z radości, jakby wszystkie jego marzenia spełniły się w tej właśnie chwili. Podeszła z lekkim uśmiechem do Paula i mocno się przytuliła.
– Kocham cię – powiedziała, całując go delikatnie w policzek.
– Wiem – odpowiedział wyraźnie zdyszany i machnął różdżką w kierunku wejścia. W podziemiach dało się słyszeć cichy szelest diabelskich sideł, zarastających otwór wejściowy w zaskakująco szybkim tempie. – Nie chcemy, żeby ktoś sprowadził tu jakichś kretynów z zakazem stadionowym – powiedział, puszczając oczko do narzeczonej. Caliope zaśmiała się i podbiegła do mioteł. Rzuciła Paulowi jego Błyskawicę, podała Scorpiusowi Nimbusa'70, a sama dosiadła swojego 2005. Paul, trochę się popisując, szybko podskoczył i wzmocnił nieco efekt magią, by wylądować bezpośrednio na miotle, zanim ta dotknęła ziemi i pomknąć w stronę „żyrandola”. Scorpius był pod wrażeniem wyczynu wujka. Chwilę się zawahał, ale poleciał za nim i kiedy był już niedaleko poprosił:
– Nauczysz mnie tak?
– Jasne, tylko nie rób tego później bez nas. To niebezpieczne, łatwo upaść i się potłuc – odpowiedział, uśmiechając się.
Caliope z zadowoleniem obserwowała, jak Paul i Scorpius zaczynają się dogadywać. Mały śmiał się za każdym razem, gdy miotła przeleciała mu między nogami, a on upadał na zmiękczoną zaklęciem ziemię. Natomiast Paul zachowywał się niemal jak dziecko w sklepie z cukierkami. Kiedy chłopiec opanował wreszcie sztuczkę, Caliope transmutowała garść kamyków w niewielkie, białe piłeczki. Paul oznajmił, że będzie obserwował, więc dziewczyna ustawiła Scorpiusa na bramkach i zaczęła rzucać w malca piłeczkami, nie oszczędzając go. Wyłapał prawie wszystkie. Prawie, bo Cal zdarzyło się kilka razy nie wycelować dobrze i piłeczka przelatywała gdzieś obok pętli. Paul jeszcze na chwilę przyłączył się do zabawy. Po trzech godzinach wylądowali zmęczeni.
– Musimy się powoli zbierać… Chyba jest już ciemno – powiedziała Caliope.
– Jak mus, to mus. Ale w sumie, to i tak podejrzewam, że moglibyśmy niezauważeni siedzieć tutaj i tydzień... – odparł Paul.
– Coś trzeba jeść i gdzieś spać. Podziemie nie jest zdrowe dla dzieci.
- Racja – potwierdził i wziął Scorpiusa za rękę. – Jutro też możemy tu przyjść, jak będziesz chciał. – Chłopczyk się rozpromienił.
– Pójdę pierwsza, a ty pilnuj, żeby się o coś nie potknął. – Wyciągnęła różdżkę przed siebie i oczyściła im drogę. Korytarz wydawał się krótszy, niż wtedy, gdy szli nim za pierwszym razem. Szybko dotarli do schodów i zaczęli piąć się w górę.
– Jesteśmy tuż za tobą.
– Poczekajcie tutaj chwilę. Wyjdę i sprawdzę, czy droga jest wolna. – Kiedy dotarła do wylotu tunelu, ostrożnie wychyliła głowę. Zobaczyła ciemny kształt, który zmierzał w ich kierunku. W miarę, jak zbliżał się do tunelu, przybierał wyraźne, kobiece kształty. Narcyza Malfoy najwidoczniej postanowiła urządzić sobie wieczorną przechadzkę.
– Nie ważcie się teraz wychodzić – syknęła i wyszła naprzeciw swojej macosze. 
– No to ładnie... Scorpius, chyba zagramy w krecika. Wiesz, co to krecik?
– Nie wiem – odpowiedział zdezorientowany. – Gdzie ciocia poszła? Dlaczego zakazała nam wyjść?
– Musimy się przedostać do pokoju – powiedział Paul, wyciągając przed siebie prawą rękę. Ziemia zaczęła się rozstępować przed czarodziejami, tworząc równy, półokrągły w przekroju tunel biegnący w kierunku domu.
– Ale co z ciocią? – Scorpius nie dawał za wygraną.
– Ciocia na razie da sobie radę. Kiedy już wezmę coś z pokoju, pójdę ją odzyskać. O. Ściana. Kto to Sam Fisher pewno też nie wiesz?
– Nie. Kto to?
– Taki mugolski szpieg, coś jak porządny Ślizgon na wojnie. Był mistrzem pozostawania niezauważonym, a nie miał peleryny niewidki. My też nie mamy, a przydałaby się. Trudno, do pokoju dostaniemy się oknem, co ty na to?
– Skoro nawet mugol dawał sobie radę, to my też... Będziemy latać? – zapytał z nadzieją w głosie.
– Miotła za bardzo rzuca się w oczy – odpowiedział Paul, rzucając na Scorpiusa zaklęcie kameleona.
– To jak? I co zrobiłeś? – Scorpius spojrzał na swoje palce, które przybrały barwę ściany tunelu.
– Stań blisko ściany. Na trzy podskakujemy. – Mężczyzna usunął ziemię, która tworzyła sklepienie tunelu tuż nad nimi. Scorpius posłusznie stanął w wyznaczonym miejscu i spojrzał wyczekująco na Paula. Ten stanął obok niego, gdy z głębi tunelu zaczął wiać rosnący w siłę wiatr.
– Raz, dwa, trzy, skacz! – krzyknął Paul. Scorpius wykonał polecenie. Silny podmuch wyrzucił obu wysoko w górę. W samą porę chłopak złapał się parapetu jedną ręką, a drugą chwycił kołnierz Scorpiusa. Okno pod nimi było otwarte, więc czarodziejowi udało się jakoś wrzucić dziecko do sypialni Caliope. Sam rozhuśtał się lekko na rękach i wskoczył do pokoju.
– Wszystko w porządku? – zapytał.
Scorpius pokiwał twierdząco głową, podniósł się z ziemi i rozejrzał po pokoju.
– Teraz coś zabierzesz i pójdziesz po ciocię?
– Tak. Będziesz grzeczny i poczekasz tutaj na nasz powrót, zgoda?
– Zgoda. – Chłopiec znów usiadł przy makiecie boiska i zaczął się bawić, więc Paul zdjął z niego zaklęcie i rozejrzał się po pokoju.
– O, tu jest – powiedział, podnosząc spod łóżka swoją różdżkę. Prawie się odzwyczaił od magii bojowej przez te kilka dni spokoju. Ale teraz trzeba było pomóc Caliope... tylko jak miał to zrobić? W końcu wpadł na szatański pomysł. Wyskoczył przez okno i zaklęciem lewitacji przeniósł się na dach, gdzie krzyknął:
– Accio zielone, koronkowe majtki Caliope! – Ponieważ jej bielizna była zabezpieczona zaklęciem i tylko jego oraz jej ręce mogły ją zdjąć (na wypadek, gdyby Draconowi albo jego kumplom zachciało się znowu skrzywdzić dziewczynę), to kilka sekund później Paul ujrzał piękny widok – jego ukochana, niesiona przez bieliznę, wyfrunęła przez jedno z otwartych okien i pomknęła w jego kierunku.
– Chyba jednak wolę miotły – stwierdziła, kiedy wylądowała tuż obok niego. Uśmiechnęła się i dodała:
– Narcyza jest sama. Mój ojciec… – zawahała się przez chwilę. –  Lucjusz jest w ministerstwie. Mamy okazję się jej pozbyć. Zorientowała się już, że coś jest nie tak. Co ze Scorpiusem? Jest bezpieczny?
– Tak. Co powiesz na to, żeby skręcić węża z rur kanalizacyjnych i nasłać na nią? – Paul uśmiechnął się pod nosem.
– Ciekawa perspektywa. – Dziewczyna rozejrzała się. – Dlaczego nigdy nie przyszło mi na myśl, żeby się tu zaszyć na cały dzień i mieć święty spokój? – Spojrzała na mężczyznę.
– Zrobimy z nią porządek i będziesz mógł poćwiczyć różne zaklęcia. W różnych pozycjach. Na różnych rzeczach… – wyszczerzyła do niego zęby.
– Trzymam cię za słowo – zamruczał jej do ucha. – Wyciągnij ją z dworku do ogrodu, a ja przygotuję Wielkiego Miedzianego Salazara – dodał, stając pewniej na dachu i zarzucając kaptur szaty na głowę.
Dziewczyna skinęła głową, spojrzała w dół i zeskoczyła. W locie wycelowała różdżką w ziemię i krzyknęła:
– Arresto momentum! – Zatrzymała się parę centymetrów nad trawnikiem. Wstała, poprawiła ubranie i weszła do domu. W hallu czekała na nią rozwścieczona Narcyza.
– Gdzie znowu byłaś? – warknęła.
– Znalazłam twojego synalka. Jest w ogrodzie – odparła, jakby od niechcenia.
– Kłamiesz – podniosła głos, a gdyby umiała zabijać wzrokiem, Caliope zapewne leżałaby, już dawno martwa, u jej stóp.
– Sama się przekonaj. Ja nie zamierzam go ratować, a jeżeli uważasz, że kłamię, to tym lepiej. Niech zdycha. – Wyminęła macochę i zaczęła wspinać się po schodach.
– Wracaj.
– Idę się położyć. Rób, co chcesz. – Miała nadzieję, że Narcyza, nawet jeśli jej nie wierzy, pójdzie sprawdzić tę informację. Chwilę później usłyszała skrzypnięcie drzwi wejściowych. Odczekała kilka minut, przybrała swoją zwierzęcą postać i potruchtała z powrotem do hallu.

            Zaraz po tym, gdy Caliope zeskoczyła i zniknęła wewnątrz domu, Paul uniósł ręce do góry. Miał zamknięte oczy i lekko rozchylone usta – powtarzał zaklęcia przywołania, skupiając się na miedzianych rurach w ścianach domu i w ziemi wokół niego. Nie chciał zbytnio uszkodzić budynku, więc te ostatnie postanowił magicznie animować. Było tego trochę – kilkanaście łazienek i zlewów kuchennych wyprowadzało z siebie długie, metalowe jelita, sięgające głęboko w grunt niczym korzenie drzewa. Wystarczająco dużo, jak pobieżnie ocenił. Miedź zaczęła się zaplatać w gruby sznur, który powoli zaczynał przypominać węża. Dwie minuty później, tuż pod ziemią przed wejściem do domu, spoczywał olbrzymi miedzianogłów, wyczekujący swojej pierwszej i jedynej ofiary. Czarodziej spojrzał w dół. Drzwi wejściowe się uchyliły i niczego nieświadoma Narcyza pojawiła się na zewnątrz. Zeszła po szerokich, marmurowych schodach i stanęła u ich stóp. Rozejrzała się niepewnie wokół. Chwilę później maleńki, czarny kształt usadowił się na balustradzie.
– Cal… – szepnął i uśmiechnął się. Lubił mieć publiczność. Na powrót skupiając się całkowicie na miedzianym wężu, wykonał dłonią gest – tak, jakby zamierzał zadać komuś cios w podbródek. Z ziemi wychynął ogromny wąż. Szybko i zwinnie oplótł Narcyzę w pasie, podnosząc ją przed oczy Caliope. Dziewczyna wróciła do ludzkiej postaci.
– Ty… – wydyszała pani Malfoy, usiłując złapać oddech. – Zdrajczyni krwi. Wiedziałam, że nie powinnam przyjmować ciebie pod swój dach! Splugawiłaś imię ojca i pamięć o matce! Mam nadzieję, że kiedy ten drugi bękart się odnajdzie, pozabijacie się wzajemnie!
– Nie pierdol – ucięła Caliope, udając, że słowa macochy jej nie obeszły. – Zdychaj, tak jak na to zasłużyłaś!
Paul zacisnął pięść. Wąż zwinął się jeszcze bardziej, miażdżąc ciało swojej ofiary. Z ust Narcyzy popłynęła krew, oczy wyszły jej z orbit. Chwilę później w trawnik przed domem zaczęła wsiąkać krew, wylewająca się z opadłych bezwładnie połówek niegdysiejszej pani tego domostwa. Mężczyzna popatrzył na zwłoki i opuścił ręce. Nagle ugięły się pod nim kolana i pociemniało mu oczach. Chłopak stracił przytomność.
Cal stała jeszcze przez chwilę, obserwując węża. Nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała. Miedziane monstrum zwinęło się posłusznie i zastygło w bezruchu. Spojrzała na dach i zdążyła zobaczyć, jak Paul osuwa się bezwładnie na kolana i spada…

-----
[Kaleid & Elder]

+ Dedykujemy ten rozdział Eumenides. 

16 kwietnia 2014

Rozdział 14

Nareszcie skończyłam. Rozdział powstawał w wielkich bólach twórczych. Wena mnie opuściła i długo nie chciała do mnie wrócić. Kiedy doczekałam się jej powrotu, od razu udało mi się skończyć i poprawić rozdział. Mam nadzieję, że się spodoba (mimo, że nie jest najwyższych lotów). 
Zanim zaczniemy, mam kilka ogłoszeń.
Po pierwsze - koleżanka Eldera prowadzi swój malutki biznes. Być może ktoś z Was zechce się zapoznać z jej ofertą. Szczegóły możecie znaleźć TUTAJ. 
Po drugie - doczekaliśmy się naszego fanpage'a na Twarzoksiażce. Zapraszamy do polubienia!
Po trzecie - przypominamy o naszym konkursie! Nadal czekamy na Wasze prace!
Po czwarte - życzymy Wam smacznego jajka i wesołych Świąt. I niech los zawsze Wam sprzyja! ;)

***

            Jeżeli istnieją na tym świecie czarodzieje, których zaskoczyć jest trudniej, niż dolecieć na miotle do księżyca, to Caliope Rhiannon Malfoy mogłaby z powodzeniem postawić swoją różdżkę na to, że jest jednym z nich. Mogłaby - ale przed tym, jak poznała Paula. Od momentu, kiedy młody czarodziej pojawił się w jej życiu, coraz częściej łapała się na tym, że przyszłość nie była już dla niej ani jasna, ani klarowna. Tym razem jej wybranek przeszedł jednak samego siebie.
- Scorpius! – zawołała, kiedy otrząsnęła się z lekkiego szoku. Podbiegła do dziecka i mocno je przytuliła. – Nic ci nie jest? – Chłopczyk pokręcił przecząco głową i przylgnął do dziewczyny lekko drżąc. Caliope pogłaskała go po głowie i spojrzała na Paula.
- Dziękuję… - wyszeptała. – Co z Draconem?
- Mieliśmy małą… potyczkę. Ale żyje – odparł uśmiechając się do niej szeroko. Na te słowa Astoria zaczęła się szarpać w więzach, więc Paul skierował na nią różdżkę. Błysnęło czerwone światło i kobieta znieruchomiała. - Dopadniemy go jeszcze – dodał.
- Niewątpliwie – Caliope odwzajemniła uśmiech i zwróciła się znów do Scorpiusa. – Teraz już nikt więcej cię nie skrzywdzi. Obiecuję.
- To znaczy, że mogę z tobą zostać? – W oczach chłopca pojawiły się iskierki nadziei.
- Tak, to znaczy, że możesz ze mną zostać – powiedziała. – Ze mną i wujkiem Paulem. – Poczuła, jak dziecko lekko się spina. – Nie bój się. On tylko tak strasznie wygląda – zachichotała. – Zobaczysz, że go polubisz. A teraz pora spać. Jutro święta.

***

            Caliope zaczekała, aż Scorpius zaśnie i wróciła do pracowni. Paul był zajęty przeglądaniem zawartości półek.
- Uznałam, że trochę zapasów się przyda – powiedziała i podeszła do niego. Przytuliła się i spojrzała mu w oczy.
- Jeszcze raz dziękuję.
- Dla ciebie wszystko. – Pocałował ją delikatnie. – Co z nią zrobisz? – Głową wskazał nieprzytomną Astorię.
- To chyba jasne, że zabiję – odparła i spojrzała na szwagierkę. – Zechcesz mi towarzyszyć?
- Zawsze. – Wziął dziewczynę za rękę. – Prowadź.
            Caliope złapała Astorię za włosy i obróciła się w miejscu i po chwili cała trójka znajdowała się w ciemnym pomieszczeniu. Zapach dawno zastygłej krwi obudził w niej mrok.
- Incendio – powiedziała. Pochodnie rozjarzyły się pomarańczowym blaskiem nadając lochowi ponurą atmosferę. Postanowiła wybudzić Astorię, by mogła obserwować przygotowania do tego, co ją czeka.
- Rennervate – mruknęła, a kobieta otworzyła oczy. – Witaj. - Jej głos zabrzmiał lodowato, tak jakby przekroczyła pewną granicę, a sumienie i litość pozostawiła za sobą. – Zadbam o to, byś dokładnie czuła jak z twojego ciała ucieka życie. – Z satysfakcją obserwowała, jak nienawiść w oczach Astorii zastępuje strach, a z jej ściśniętego gardła próbuje wyrwać się jakikolwiek głośniejszy dźwięk. Jednakże te próby kończyły się nieartykułowanym jękiem, który doprowadzał Caliope do szału.
- Silencio – warknęła. W lochu zapanowała cisza, a dziewczyna mogła skupić się na przygotowaniach. Machnęła kilka razy różdżką, a przedmioty posłusznie zajmowały wyznaczone im miejsca. Wykonała jeszcze kilka poprawek i uznała, że wszystko jest gotowe. Na środku pomieszczenia stał stół z przytwierdzonymi doń łańcuchami, a obok niego kilka narzędzi leżało na tacy unoszącej się w powietrzu.
- Przywiążesz ją? – zwróciła się do Paula, który skinął głową i spełnił prośbę dziewczyny.
           
            Stare czarodziejskie rody pielęgnowały tradycje. Jedną z najważniejszych była nauka pojedynkowania się – nie tylko za pomocą magii. Tak więc Caliope od najmłodszych lat była oswajana z różnymi rodzajami broni. Na jedenaste urodziny otrzymała od Lucjusza tę, którą wówczas posługiwała się najlepiej i tej właśnie zamierzała użyć. Rękojeść pewnie spoczywała w jej dłoni. Lekko poderwała ramię, by zaraz wykonać energiczny ruch nadgarstkiem w przeciwną stronę. Pleciony rzemień posłusznie owinął się wokół szyi Astorii. Kobieta patrzyła na niego z przerażeniem.
- Nie martw się, dopilnuję, żebyś jeszcze chwilę pożyła. – Jej oczy płonęły niezdrowo. To spojrzenie nie zwiastowało niczego dobrego. Uśmiechnęła się złośliwie i jeszcze raz poderwała ramię. Bicz przeciął powietrze, rozległ się głośny trzask, a na twarzy Astorii pojawiła się długa, krwawa pręga. Uwięziona zaczęła się szamotać. Kilkanaście uderzeń później, niegdyś dość ładne oblicze pani Malfoy zdobiła zgrabna, krwawiąca kratka. Na jej poszarpanych policzkach łzy mieszały się z jasnoczerwoną posoką.
            Caliope odłożyła broń i sięgnęła do przygotowanej wcześniej tacy. Podniosła z niej niewielki przedmiot.
- Mugole nazywają to cęgami. – Spojrzała na narzędzie. – Moja matka znalazła dla nich inne zastosowanie. Zawsze chciałam je wypróbować, ale nie było okazji. Wiewióra musiała mieć nienaruszone kości, a mugole nie byli warci mojego czasu. W sumie możesz potraktować to jako komplement – zaśmiała się cicho. Podniosła różdżkę i pozbawiła kobietę ubrań. – Nie będą ci już potrzebne – powiedziała i mocno chwyciła cęgami mały palec u stopy kobiety. Obróciła je o trzysta sześćdziesiąt stopni. Trzask wyłamywanej ze stawu kości został zagłuszony przez wrzask Astorii.
- Już? – wysyczała Caliope prosto do jej ucha. – Mamy jeszcze dziewięć palców…
           
            W międzyczasie Paul wziął się za ostrzenie noży. Uśmiechał się lekko. Uwielbiał, kiedy Caliope stawała się tak bezwzględna i zimna. Sam jej widok wywoływał u niego przyjemne dreszcze. Bynajmniej nie znaczyło to, że chciałby znaleźć się na miejscu Astorii – szczególnie, że mniej więcej mógł się domyślić, co jeszcze mogło ją spotkać.

            Caliope nudziła się dość szybko, ale zawsze kończyła to, za co się zabierała. Jednakże z torturami było inaczej. Każda oznaka bólu u ofiary, każdy zduszony wrzask, każda kropla krwi, przyjemność i satysfakcja, które czerpała garściami z tego co robiła… wszystko to sprawiało, że chciała więcej. Kiedy skończyła zabawę cęgami miała ochotę rozpruć szwagierce brzuch i pokazać jej całą jego zawartość.
- Masz dość? – zapytała. Nie otrzymawszy odpowiedzi uderzyła ją w twarz. Krew rozbryznęła się pod wpływem uderzenia i zaczęła płynąć obficiej. Wytarła dłoń we włosy Astorii i uniosła różdżkę. – Crucio. – Usta kobiety otworzyły się szeroko. Wydobył się z nich przenikliwy wrzask. Jej oczy wywróciły się na drugą stronę ukazując białka. Caliope cofnęła zaklęcie i skierowała różdżkę na kawałek cegły leżący samotnie pod ścianą. Wyszeptała kilka słów i chwilę później w tym samym miejscu znajdował się kruk. Jeszcze jedno zaklęcie, a ptak poderwał się do lotu i usiadł na ramieniu Astorii.
- Utrata jednego zmysłu wzmaga działanie innych. A ja chcę ci dostarczyć jak najlepszych wrażeń – stwierdziła Cal. Przerażenie w oczach kobiety przerodziło się w panikę, gdy tylko poczuła na ramieniu ciężar ptaka.
- Spójrz na mnie – syknęła dziewczyna, kiedy wzrok pani Malfoy zaczął błądzić po pomieszczeniu, jakby próbowała odnaleźć jakąkolwiek pomoc. Usłuchała jednak polecenia i skupiła spojrzenie na Caliope, tak bardzo podobnej do swojej matki. Ten obraz był ostatnim, jaki zobaczyła zanim srebrny, kruczy dziób zanurzył się w jej oczach.
            Dziewczyna z fascynacją obserwowała ruchy ptaka. Kiedy wykonał swoje zadanie, podleciał do dziewczyny, dał się pogłaskać po czarnych, błyszczących piórach i upadł na posadzkę, tuż przed nią zamieniając się z powrotem w cegłę i roztrzaskując w czerwony pył.
Paul podszedł do Caliope i objął ją w pasie.
- Noże gotowe – wymruczał do jej ucha, delikatnie muskając ustami jego płatek. Z ust Astorii wyrwało się ciche, rozpaczliwe łkanie.
- Mam ją uciszyć? – spytał.
- Niekoniecznie – odparła dziewczyna. – Chcę słyszeć jej krzyk.
            W oczach obojga zatańczyły niepokojące iskierki, kiedy podnieśli długie noże. Ustawili się po obu stronach stołu. Zaczęli ciąć. W miarę jak posuwali się coraz wyżej, wrzaski Astorii stawały się coraz słabsze. Kiedy jej głos całkowicie zamierał, Caliope rzucała kilka prostych zaklęć, by utrzymać ją przytomną.
            Po jakimś czasie spore część kobiety leżała na podłodze w kałużach krwi,  a to co z jej ciała zostało smętnie trzymało się na łańcuchach i ledwie dyszało.
- Pozwolę ci umrzeć – powiedziała dziewczyna. - Najpierw jednak pozbawię cię jeszcze czegoś... na co nigdy nie zasługiwałaś. – Wbiła nóż w podbrzusze kobiety i wycięła macicę. Krwawiący narząd wepchnęła w jej usta i zaklęciem skleiła jej wargi ze sobą. Astoria zaczęła się krztusić, ale Paul już otworzył jej gardło. Cal po calu oddzielał jej głowę od karku. W końcu upadła z mokrym plaśnięciem na podłogę.
- Trzeba będzie sprzątnąć z podłogi tę sukę – stwierdziła Caliope. – Wyślę tu swoją skrzatkę. Nie raz to robiła. – Spojrzała na Paula. – Jeszcze raz ci dziękuję. Dzięki tobie Scorpius w końcu będzie miał prawdziwy dom.
- Nie ma za co, kocie – powiedział Paul z uśmiechem. – Trzeba się wykąpać i sprawdzić, co u malucha.
- Wracamy – zgodziła się i chwyciła go za rękę. Rzuciła ostatnie spojrzenie na zwłoki szwagierki i teleportowała ich do swojej komnaty.  Pierwszy raz od dłuższego czasu czuła się tak spokojna.


-----
[Kaleid]

18 grudnia 2013

Rozdział 12


Rozdział miał pojawić się w listopadzie, a mamy połowę grudnia. 
Bardzo Was przepraszam! 

Mam nadzieję, że nowy szablon się podoba.
Zapraszamy też do wzięcia udziału w naszym konkursie - szczegóły TUTAJ!  

***

            Wydarzenia ostatnich kilku miesięcy odbiły się nie tylko na Caliope. Lucjusz miał dość swojej żony – zresztą ze wzajemnością. Blaise nie pokazywał się w Malfoy Manor, a jego matka rozważała zerwanie zaręczyn młodych, co Narcyzę doprowadzało do szewskiej pasji. Paul coraz bardziej pragnął zemsty i martwił się o Cal, która zamknęła się w swoim świecie. Od kilku tygodni spędzała większość czasu w swojej pracowni studiując czarnomagiczne księgi, warząc eliksiry i nie dopuszczając do siebie nikogo. Nawet na listy swojej przyjaciółki odpisywała jednym zdaniem, mimo że zwykle wysyłała do niej mini powieści.

- Dwie miarki łuski skorpeny, palec nieśmiałka, pół łyżeczki ropy z czyrakobulwy, zamieszać w prawo trzy razy i podnieść nieco temperaturę… - Caliope mruczała do siebie recepturę eliksiru i mieszała zawzięcie w kociołku. Za nią znajdowała się cała gama gotowych wywarów – od veritaserum, przez wywar żywej śmierci do eliksiru wielosokowego i na złotym felix felicis kończąc. W prawdzie prawidłowego działania tego ostatniego wytworu nie mogła zagwarantować, ale ładnie komponował się kolorystycznie w kolekcji, stojąc obok ciemnoróżowej amortencji i grafitowego eliksiru wiggenowego. Gdyby Severus Snape żył, byłby dumny ze swojej chrześniaczki.  
- Jeszcze trzy krople mojej krwi – szepnęła dodając ostrożnie składnik – i powinno być gotowe. Chyba tym razem nic nie pomyliłam – zerknęła do księgi, by przeczytać opis gotowego produktu - szkarłatny, z lekko iskrzącą się powierzchnią. Wyglądało na to, że wyszedł pierwszorzędny, więc przelała większość do butelki, postawiła ją na półce i machnęła różdżką, by odpowiednio opisana etykietka przykleiła się do szklanej powierzchni. Resztę zostawiła w kociołku na blacie.

            Paul siedział w pokoju Caliope i czytał książkę… a raczej stwarzał pozory, zatopiony w swoich rozmyślaniach. Martwiło go, że dziewczyna tak długo nie odzyskuje równowagi, myślał jak inaczej może jej pomóc. Na razie postanowił dać jej jeszcze trochę czasu i zajął się dostarczaniem składników eliksirów, o które prosiła. Przynosił jej też najróżniejsze księgi i cierpliwie czekał nie poruszając „ciężkich tematów”, a w rozmowach ograniczał się do podstawowych pytań typu „potrzebujesz czegoś” i „jak ci idzie”. Odpowiedzi były pozbawione jakichkolwiek emocji, ale przynajmniej je uzyskiwał, więc uznał, że na razie lepiej się nie wychylać. W takiej zadumie trwał od dłuższego czasu, więc nie zauważył, że Caliope weszła do pokoju. Otrzeźwił go dopiero jej głos.
- Paul?
- Tak, kochanie? – spojrzał na nią nieco nieprzytomnie.
- Pamiętasz nasz zakład? Możemy go w końcu rozstrzygnąć. Skończyłam eliksir.
- Jaki za… Caliope, czy ty uwarzyłaś relativaerum?
- Za milionowym podejściem, ale tak – powiedziała i na jej twarzy pojawił się pierwszy, naprawdę szczery uśmiech od dłuższego czasu. Na jego widok chłopak nie wytrzymał i przytulił mocno dziewczynę. Ku jego zdziwieniu nie odepchnęła go, tak jak to się działo wcześniej, tylko przylgnęła do niego ufnie i schowała głowę w jego ramionach.
- Witam spowrotem, moja droga – szepnął Paul i pocałował ją w czubek głowy. Nagle usłyszeli kroki na schodach, więc chłopak szybko przemienił się w węża i wpełzł na kolumienkę łoża udając zdobienie. Ułamek sekundy później rozległo się pukanie i do pokoju wszedł Lucjusz.
- Caliope, mam dla ciebie niespodziankę… - powiedział niepewnie spoglądając na dziewczynę. – Zejdź na dół, proszę.
- Dobrze, zaraz zejdę – odparła. Czarodziej jeszcze chwilę bacznie obserwował córkę.
- Zaraz zejdę – powtórzyła trochę bardziej stanowczo, na co jej ojciec westchnął i wyszedł z pokoju.
- Cal? – Paul zeskoczył z kolumienki, w locie przybierając ludzką postać.
 - W porządku. Poczekaj tutaj na mnie – wzięła różdżkę ze stolika, schowała ją w rękawie sukni i wyszła. Szybkim krokiem przemierzyła korytarz i zatrzymała się u szczytu schodów nasłuchując. Do jej uszu nie dobiegał żaden dźwięk, więc zeszła na sam dół. W hallu stał chłopczyk.
- Scorpius! – podbiegła do dziecka, rzuciła się na kolana i mocno je przytuliła. Malec ufnie wtulił twarz w jej ramię.
- Ciociu, nie chcę wracać do domu – szepnął. Caliope delikatnie oderwała go od siebie i ujęła jego twarz w dłonie. Uważnie się mu przyjrzała i syknęła z wściekłością, przytulając go z powrotem.
– Zabiję ich! Zabiję, przysięgam. – warknęła cicho.
- Wiesz, siostrzyczko, zawsze mnie zadziwiało twoje podejście do tego bachora. Jesteś taka ostra, taka… okrutna, a przy dziecku stajesz się bezbronna. Zupełnie jak ono – głos Dracona odbił się echem od kamiennych ścian. Caliope natychmiast stanęła prosto i odwróciła się w stronę brata osłaniając Scorpiusa własnym ciałem.
- Witaj Draco – syknęła cicho. - Cóż za miłe spotkanie. Co u ciebie i twojej zdziry? Widzę, że katowanie dziecka całkiem dobrze wpływa na twoje samopoczucie.
- Nic się nie zmieniłaś – uśmiechnął się chłodno. – Lepiej ty powiedz co u twojego narzeczonego. Sprawdza się jak za czasów szkolnych? Szkoda, że już nie mam z tego tytułu żadnych korzyści.
- Porozmawiaj z nim, może ci zapłaci – odparła spokojnie, chociaż najchętniej rozszarpałaby mężczyznę na miejscu.
- Moja droga, nie będę pobierał opłat za zużyty towar – w jego głosie zabrzmiała kpina. – A teraz odsuń się, zabieram bachora do domu.
- Nie zabierasz – powiedziała i wyciągnęła różdżkę. – Petrificus Totalus! – krzyknęła. Draco odskoczył, a zaklęcie odbiło się od sufitu krusząc kawałek sklepienia. Szybko dobył różdżki i już zaczynał inkantację, ale Caliope była szybsza.
- Expulso! – zaklęcie znów chybiło celu i zanim zdążyła rzucić kolejną klątwę, czarodziej zawołał:
- Drętwota! – Cal rzuciła się na Scorpiusa przygniatając go do ziemi. Czerwony promień przeleciał nad ich głowami i roztrzaskał kawałek kolumny.
- Crucio! – wrzasnęła i zobaczyła, jak Draco pada na posadzkę wijąc się z bólu. Nie poczuła jednak charakterystycznej więzi z torturowanym, która pozwalała kontrolować zaklęcie.
- Niezła próba, braciszku – powiedziała i natychmiast pożałowała, że nie wykorzystała momentu. Draco uniósł różdżkę i krzyknął:
- Everte Statum! – nie zdążyła zablokować klątwy i została odrzucona od Scorpiusa. Kiedy uderzyła z impetem o kamienną podłogę, zrobiło jej się ciemno przed oczami, a na karku poczuła coś ciepłego i mokrego.
- Kurwa! Sectumsempra! – niewiele myśląc wycelowała na oślep. Tym razem trafiła i usłyszała ryk wściekłości i bólu. Gdy tylko wyostrzył jej się wzrok, wstała i szybko oceniła sytuację. Draconowi właśnie udało się dotrzeć do sparaliżowanego strachem dziecka. Zostawił za sobą smugę krwi na posadzce. Ze schodów zbiegał Paul, wyszarpując różdżkę z kieszeni.
- Impedime... - zaczął inkantację, ale młody Malfoy był szybszy. Chwycił syna za rękę i deportował się, zanim zaklęcie go dosięgło.
- Kurwa! Wracaj tu, tleniony skurwielu! – Caliope wrzasnęła z bezsilności i schowała twarz w dłoniach. Paul do niej podszedł, ale był zmuszony szybko przybrać zwierzęcą postać i ukryć się w fałdach sukni dziewczyny.
- Co tu się działo?! – Lucjusz wbiegł do hallu i rozejrzał się po nieco zdewastowanym pomieszczeniu.
- Twój syn miał ochotę porozwalać ci ściany, bo katowanie syna już mu nie wystarcza – rzuciła oschle dziewczyna. – Tak więc nadal nie zawracaj sobie głowy. Nic wielkiego się nie dzieje. – wyminęła go i zaczęła iść w stronę schodów.
- Caliope… - chwycił ją lekko za ramię.
- Tak, ojcze. Cieszę się z niespodzianki. Miło było porzucać sobie kilka klątw. A teraz daj mi spokój – wyszarpała rękę z uścisku czarodzieja i pobiegła do swojej sypialni. Dotknęła tyłu swojej głowy – był lepki od krwi i niemiłosiernie bolał.
- Kurwa… - przeklęła pod nosem i zajęła się raną. W tym czasie Paul wrócił do swojej postaci.
- Pokaż to… - poprosił, a nie doczekawszy się żadnej reakcji wyciągnął rękę, by pomóc.
- Nic mi nie jest – stwierdziła zimno. Zatrzymał się w pół kroku zaskoczony.
- Cal…
- Przestań – syknęła cicho i zaczęła smarować rozcięcie dyptamem. Ręce zaczęły jej się trząść, a w oczach zaszkliły się łzy. Kiedy prawie upuściła fiolkę z lekiem nie wytrzymał i mocno ją przytulił. Z ulgą poczuł, że dziewczyna się trochę rozluźniła.
- Daj, ja to zrobię – obejrzał ranę. Nie była głęboka, więc wyjął różdżkę i szybko ją zlikwidował.
- Dziękuję i przepraszam – powiedziała Caliope patrząc mu w oczy. Uklęknął przed nią i oparł się o jej kolana.
- Załatwimy skurwiela. Nie tknie więcej tego dziecka. Obiecuję – odgarnął jej włosy z policzka i otarł łzę, która zaczęła na nim zastygać.
- Chcę się dowiedzieć, że on nigdy nie był moim bratem – powiedziała.
- Więc sprawdźmy to. Teraz.
Nie potrzebowała zachęty. Wstała, podeszła do półki z książkami i stuknęła w nią różdżką.
- Discordia – szepnęła. Odsłoniło się wejście do jej pracowni. Paul wszedł do środka i rozejrzał się dookoła. Jego wzrok padł na półkę z eliksirami.
- Niezły zbiór – powiedział z uznaniem.
- Pamiętaj, kto był moim ojcem chrzestnym – stwierdziła z cieniem uśmiechu i błyskiem dumy w oczach. Podeszła do kamiennego blatu, na którym stał przygotowany wcześniej eliksir. Wznieciła ogień pod kociołkiem i poczekała, aż wywar zacznie wrzeć. Rzuciła zaklęcia ochronne na Paula i na siebie, a z szuflady wyciągnęła fiolkę z jakąś brunatnoczerwoną grudką – krew Lucjusza. Dolała do niej kilka kropel wody i dobrze zmieszała, by zawartość stała się półpłynna.
- Chwila prawdy… - mruknęła i przelała substancję do kociołka. Eliksir niemal natychmiast zaczął się pienić.
- Na ziemię! – krzyknęła dziewczyna i pociągnęła Paula za sobą. Rozległ się głośny huk, potem trzask i obok nich upadły resztki kociołka, obryzgując ich wspomnieniem po eliksirze. 
- Trzeba będzie posprzątać… - powiedziała cicho, a na jej twarzy malował się wyraz głębokiego szoku.

---
[Kaleid]


+ Dedykuję ten post Małemu Lewkowi i Szocikowi - moim kochanym towarzyszkom w polonistycznym boju. :* 

16 sierpnia 2013

Rozdział 10


Wybaczcie nam tę długą przerwę. Potrzebowaliśmy wakacji. 
Ten rozdział nie był konieczny - nie wnosi zbyt wiele do fabuły, ale ja tak bardzo nie lubię jego bohaterki, że nie mogłam się powstrzymać. Poza tym odniosłam wrażenie, że macie ochotę na coś mocniejszego. Miłego czytania!

***

            Imię Caliope oznacza „Pięknolica”, a muza, która je nosiła była patronką poezji. Jednakże dla Paula istniała tylko jedna kobieta o tym imieniu i tę właśnie tulił do swojego, jeszcze niedawno lodowatego i niewzruszonego, serca.
- Zwinny z ciebie gad – stwierdziła sennie Caliope.
- Jeszcze nie pokazałem co potrafię – odparł Paul gładząc delikatnie jej włosy.
- Zapewne. Jednakże twoje wężowe zabawy coś mi przypomniały.
- Mianowicie?
- Mam pewne porachunki z wiewiórowatą narzeczoną Bliznowatego - Wymoczka – Który – Nie – Zdechł – Wtedy – Kiedy - Powinien.
- Czymże ta nędzna wychowanka domu szlam cię uraziła?
- Po prostu czuję się w obowiązku spełnić jej przeznaczenie – odparła dziewczyna dając mu do zrozumienia, że (na razie) nie ma po co dalej dopytywać.
- W ramach odreagowania po ostatnich dniach, jak rozumiem – uśmiechnął się Paul i przytulił ją mocniej.
- Właśnie tak – odwzajemniła uśmiech i zamknęła oczy, by za chwilę oddać się we władanie mocy Morfeusza.

***

            Kiedy się obudziła, słońce było już wysoko na niebie. Rozejrzała się dookoła, ale komnata była pusta. Za to z łazienki dobiegały wyraźne dźwięki sygnalizujące czyjąś obecność. Chwilę później, jak na zawołanie, drzwi się otworzyły i stanął w nich Paul, owinięty w pasie jedynie ręcznikiem. Mokre włosy opadały mu łagodnie na czoło, a kropelki wody połyskiwały na jego silnych ramionach.
- Dzień dobry, najdroższa – powiedział, a na jego twarzy pojawiła się ulga. – Nareszcie się obudziłaś.
- Nareszcie? – zapytała, a jej głos był jeszcze lekko zachrypnięty. – Ile czasu spałam?
- Nieco ponad trzy doby.
Caliope westchnęła ciężko, przeciągnęła się i zwlekła z posłania. Ziewnęła szeroko i poczłapała do łazienki.
Przeszło godzinę zajęło jej doprowadzenie się do względnego porządku.
- Merlinie, wyglądasz jak Bellatrix – podsumował Paul wchodząc do łazienki, kiedy usiłowała rozprawić się z burzą ciemnych i nadal mokrych włosów.
- … kołtuny. Jak się wkurwię, to was wszystkie zetnę i będziecie miały tyle z tego. No kurwa – przerwała monolog i pytająco spojrzała na swojego narzeczonego. – Mówiłeś coś?
- Wyglądasz jak swoja matka – powtórzył. Odpowiedziała mu uśmiechem i powróciła do maltretowania swojej głowy.
- Pierdolę – chwyciła różdżkę i z jej pomocą dokończyła to, z czym miała problem używając tylko grzebienia i szczotki. Wyminęła Paula w drzwiach i zawołała swoją skrzatkę, by zamówić śniadanie. W końcu usiedli razem przy stoliku.
- Przydałoby się ustalić plan działania na dziś – stwierdziła spokojnie Caliope smarując chleb masłem.
- Co masz na myśli?
- Mówiłam, że mam sprawę do załatwienia z tą brudną, małą wiewiórą. Masz ochotę się ze mną zrelaksować? – zapytała i uśmiechnęła się pod nosem. Paul zrozumiał i niemal od razu się rozpromienił.
- Z tobą zawsze.
- Więc słuchaj uważnie – powiedziała i zaczęła omawiać przemyślaną wcześniej taktykę.

***

- Mam cię, złotko – wysyczała Caliope trzymając Ginevrę Weasley w mocnym uścisku. Dziewczyna się wyrywała, jednakże zaklęcie Silencio skutecznie zamknęło jej piegowaty pyszczek. Odciągnęła ją szybko między drzewa - niedługo reszta Harpii miała zacząć schodzić się na trening, a jej nie zależało na dodatkowej konfrontacji. - Szykuj się na zabawę – dodała i, po uprzednim oszołomieniu ofiary, deportowała je do umówionego miejsca.

***

            Sklepienie pomieszczenia oświetlonego jedynie paroma pochodniami ginęło w mroku. Kamienne ściany pozbawione były okien – wystawały z nich żelazne haki na których wisiały najróżniejsze przedmioty – od ciężkich kul i łańcuchów, przez korbacze i topory, aż po wymyślne narzędzia tortur. W rogu pomieszczenia znajdował się duży piec, w którym złowrogo szalał ogień. 
Paul stał na środku sprawdzając, czy łańcuch zwisający ze sklepienia utrzyma ciężar człowieka. Zauważywszy swoją narzeczoną i jej zdobycz uśmiechnął się szeroko.
- Możesz wieszać, najdroższa – powiedział i odsunął się, by zrobić miejsce dziewczynie. Ta machnęła różdżką i łańcuchy posłusznie owinęły się wokół kostek i nadgarstków Ginny. Drugie machnięcie i wiewióra już wisiała półtora metra nad ziemią.
- W sam raz – uznała Caliope i uśmiechnęła się do Paula. – Przygotowałeś wszystko?
- Oczywiście. Możesz już ją obudzić – odpowiedział i złożył na jej ustach lekki pocałunek.
- Reenervate – powiedziała i obserwowała jak dziewczyna powoli odzyskuje przytomność. Czekała na swój ulubiony moment – kiedy ofiara orientuje się co właściwie się stało i wpada w panikę. Ginevra tym razem nie zawiodła jej oczekiwań – wrzeszczała i szarpała się dziko, co szybko sprawiło, że z miejsc spętanych łańcuchem zaczęła cieknąć krew.
- Piękny widok – skwitowała cicho, kiedy wiewióra nieco się uspokoiła i czując narastającą ekscytację chwyciła ją za włosy i brutalnie wygięła jej szyję w taki sposób, by dokładnie widziała co dla niej przygotowano. – Ufam, że pamiętasz Komnatę Tajemnic. Dokończę teraz to, co wówczas przerwał twój szlamowaty Chłopczyk – Który – Nie – Zdechł. Cieszysz się? - ton jej głosu nawet Paula zmroził do szpiku kości. Kiedy Ginny otworzyła usta, Caliope uniosła różdżkę i szepnęła:
 – Accio język.
Właścicielka owego narządu zawyła z bólu i zaczęła się dusić, kiedy próbował uwolnić się z jej ciała. Potrzebował jednak pomocy, której Paul niezwłocznie udzielił.
- Sectumsempra – powiedział jakby od niechcenia, a mięsień w końcu posłusznie wylądował pod nogami przyszłej pani Dołohow. – Nie uważasz, że trzeba trochę wyczyścić? Patrz, ubrudziła się na twarzy – dodał po chwili.
- Masz rację. Chłoszczyść! – dziewczyna lekko poderwała różdżkę i z ust wiewióry zamiast krwi zaczęła wydobywać się piana. Z braku dopływu powietrza straciła przytomność, więc Caliope mruknęła cicho przeciwzaklęcie, by zabawa nie zakończyła się zbyt wcześnie.
- Ubranie nie będzie już potrzebne – mruknął Paul obejmując Caliope w talii i całując jej szyję. Czarownica uśmiechnęła się i delikatnie poderwała różdżkę, a wiewiórowate łaszki zajęły się wesoło trzaskającymi ognikami. Właścicielka płonącej odzieży wydała z siebie przeciągły krzyk. Powoli skrawki materiału odpadały z niewielkimi kawałkami spalonej skóry, jednak Caliope uważała, by nie poparzyć ofiary zbyt mocno. W końcu ciało Ginevry zostało uwolnione z krępujących je szmat. Paul przyjrzał się mu uważnie i powiedział:
- Nie wiem co ten Szlamotter w niej widzi. – Caliope przytaknęła tylko i przywołała do siebie sztylety, które zdążyły rozgrzać się do czerwoności w palenisku.
- Proszę – jeden z nich podała Paulowi i uniosła nieco jedną z piersi dziewczyny. – Zajmij się drugą, tylko postaraj się nie uszkodzić kości, żeby w Komnacie wyglądały porządnie. Zamrozisz, jak tylko skończymy?
- Oczywiście – odparł i wziął się do roboty. Wiewióra wrzeszczała coraz głośniej. Nagle wszystko ucichło. – Caliope? – zauważył, jak dziewczyna chowa różdżkę i kontynuuje dzieło.
- Spokojnie, ja tylko unieszkodliwiłam jej struny głosowe, bo miałam dość tego wrzasku – uśmiechnęła się i wykonała ostatnie cięcie. Zaraz też zaczęli sukcesywnie pozbawiać dziewczynę skóry z tułowia. Gdy tylko traciła przytomność, Caliope szybko doprowadzała ją spowrotem do preferowanego stanu. Kiedy skończyli, Paul zamroził wierzchnią warstwę mięsa.
- Dobijamy, patroszymy i przenosimy ją do Hogwartu, czy jeszcze się pobawimy?
- Już nie bardzo jest czym… Za duże ryzyko, że uszkodzimy kości. Mam jednak ochotę zrobić jeszcze jedną rzecz. Incendio! – włosy wiewióry zaczęły płonąć. Wyglądała jak zapałka. – Zawsze chciałam użyć tego zaklęcia w ten sposób – powiedziała i po chwili zgasiła ogień wodą z różdżki. – Nadal żyje. Chcesz dobić? 
- Jasne. Mam nawet pomysł jak oszczędzić sobie trudu patroszenia – widząc minę Caliope dodał szybko. – Oczywiście nie uszkodzę szkieletu. – Uniósł różdżkę i włożył w pochwę konającej powoli Ginevry. – Bombarda minima – rozległo się mokre plaśnięcie, jakby ktoś zabił szczególnie okazałego chrząszcza. Oczy ofiary zaświeciły białkami, głowa opadła bezwładnie, a spomiędzy jej nóg zaczęła kapać powoli czerwonobrunatna maź.
- Nieźle – pochwaliła Paula Caliope i złożyła na jego ustach krótki pocałunek. – Więc to by było na tyle. Przenosimy ją do Komnaty, mój drogi.   

---
[Kaleid]



Właśnie! Zapomniałabym.
Apeluję do anonimowych czytelników: napiszcie pod tym rozdziałem jakiś komentarz, żebyśmy wiedzieli ile osób czeka na kolejny rozdział.
To może znacznie przyspieszyć naszą pracę.
Z góry dziękujemy! :)